Sewilla experience – jak doświadczyć stolicy Andaluzji?
Długo zastanawiałam się jak zatytułować ten post, „co zobaczyć”, „co zwiedzić w”? Nie! Sewilli trzeba doświadczyć! Możesz zwiedzić pałac, katedrę czy Plac Hiszpański, ale nie poznasz miasta, nie poczujesz jego ducha i energii dopóki nie zgubisz się w labiryncie ulic i placów starego miasta. Dopóki nie pozwolisz sobie na zanurzenie się w tym koktajlu pomarańczowego wina okraszonego przejmującym spektaklem flamenco z odrobiną zadumy podczas wieczornej procesji. Wtedy Sewilla zapadnie Ci w sercu i w pamięci na długo, tak też było ze mną, to miasto mnie oczarowało.
Zresztą do Sewilli ciągnęło mnie od dawna, może to zwykła ciekawość, może to poczucie, że każdy podróżniczy freak, chce jak kiedyś słynni odkrywcy postawić swoją stopę w tym kulturowym tyglu, gdzie świat stawał otworem przez wieki dla wielu nam podobnych.
Sewillę odwiedzamy w pierwszej połowie listopada, to świetny czas na wizytę w mieście, jest przyjemnie ciepło, ale bez męczących upałów, turystów jest dużo, ale nie toniemy w łanach ludzkich ciał, jakie bywają tu choćby podczas Santa Semana. Zaraz po przylocie łapiemy taksówkę do hotelu, jak zawsze wybieramy nocleg na starówce, szybkie zameldowanie i późnym popołudniem lub raczej wczesnym wieczorem, ruszamy w miasto. Do placu Virgen de los Reyes docieramy dosłownie w kilka minut, po drodze przyglądając się uroczym uliczkom dzielnicy Santa Cruz i wtedy Hania, nasza współtowarzyszka podróży, mówi zdanie, które jakby wyjęła mi z ust. „To miejsce wygląda jak teatralna scenografia”. W tamtym momencie cały plac, Katedra Najświętszej Marii Panny w Sewilli z górującą nad nim Giraldą i wszystkie okalające go budynki otulone są tak dziwnym światłem chylącego się ku zmierzchu dnia, że na chwilę odbiera mi mowę. Kręcimy się tu trochę i w jednej z bocznych uliczek przysiadamy na kieliszek wina.
Następnego dnia przed południem umówieni jesteśmy z przewodnikiem na zwiedzanie miasta, więc po zjedzeniu churrsów z czekoladą w pobliskim barze, pełni energii ruszamy w trasę. Najpierw jednak odwiedzamy Główne Archiwum Indii, gdzie w okazałym budynku zgromadzone zostały liczne cenne dokumenty, pozwalające odtworzyć historię relacji Hiszpanii z zamorskimi koloniami.
Dalej kierujemy się w stronę starego miasta, które trzeba to powiedzieć szczerze w Sewilli, jest bardzo duże. Dowiadujemy się o średniowiecznej historii miasta, o panowaniu i upadku islamskich władców Sewilli, o triumfie chrześcijaństwa, oraz o hiszpańskich Żydach Sefardach i ich dzielnicy Santa Cruz, której niewątpliwą perełką jest słynny Balcón de la Rosina. Wszystko to oczywiście na tle największych zabytków miasta od starożytnych murów z licznymi bramami po Katedrę czy Alkazar, nie wchodzimy do środka, bo to mamy zaplanowane na następny dzień. Po kilku godzinach wspólnej wycieczki rozstajemy się z naszym przewodnikiem. Przyszła pora na wino i tapas, ale ponieważ jest to akurat czas sjesty, nie mamy wielkiego szczęścia do lokalu i kończymy w jednej z knajp typowo nastawionej na turystów, to oczywiście nic złego, ale mam wrażenie, że mogliśmy trafić lepiej.
Wieczorem udajemy się na spektakl flamenco do Muzeum Tańca Flamenco założonego przez legendarną tancerkę Cristinę Hoyos. Pokazy te cieszą się ogromną popularnością, więc lepiej rezerwować bilety z wyprzedzeniem, ale jeśli tego nie zrobicie, to w obrębie starego miasta miejsc gdzie odbywają się takie występy jest mnóstwo. Spektakl rzeczywiście był fantastyczny, muzyka na żywo, przejmujący śpiew i taniec zapierających dech w piersiach, mistrzostwo! Niestety nie mam zdjęć z pokazu, bo nie wolno było go fotografować, ale może to i dobrze, bo nic nie rozpraszało mojej uwagi.
Po pokazie rozemocjonowani idziemy na spacer pod kolejną, tym razem współczesną ikonę miasta, czyli Metropol Parasol popularnie zwany Setas de Sevilla. To olbrzymia drewniana konstrukcja przypominająca swoim kształtem grzyby, stąd nazwa. Setas to zwycięski projekt na rewitalizację placu Plaza de la Encarnación, który stworzył berliński architekt Jürgen Mayer, a w swojej pracy inspirował się sklepieniem sewilskiej katedry. To obiekt wielofunkcyjny z pięcioma poziomami od tarasu widokowego na górze, po muzeum archeologiczne w podziemiach. Na sam koniec dnia wracamy na drinka z widokiem na Katedrę, do baru La Terraza del EME na dachu hotelu, bardzo przyjemne miejsce na finał tak intensywnego dnia!
Kolejny dzień to atrakcje z najwyższej półki, bo tak należy określić zespół trzech budowli wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO: Katedra z Giraldą, Archiwum Indii (to zwiedziliśmy poprzedniego dnia) i Królewski Alkazar. Na początek wspinamy się na Giraldę, która jest odzwierciedleniem wieków historii miasta i kultur jej mieszkańców. Wybudowana, jako minaret dla wielkiego meczetu, zwieńczona renesansową dzwonnicą, dziś łączy różne style architektoniczne, ale jedno jest pewne Giralda to ikona, która daje rozpoznawalność miastu na całym świecie. Z góry rozpościera się wspaniały widok nie tylko na całe miasto, ale i na misternie zdobiony dach katedry. Jak za chwilę się przekonamy kunsztownie wykonany dach świątyni to dopiero namiastka tego, co zobaczymy w środku.
Katedra Najświętszej Marii Panny jest największą w Europie gotycką katedrą i naprawdę jej wielkość robi wrażenie. Po wejściu do środka od razu widać, że nie została zbudowana na planie krzyża łacińskiego, co jest charakterystyczne dla tego typu budowli, a to oczywiście wynika z faktu, że powstała na miejscu dawnego meczetu Almohadów. Oczom naszym ukazują się misterne rzeźby i zdobienia, zachwycające witraże, liczne kaplice boczne i portale. Nie sposób oderwać wzroku od drewnianego, ołtarza głównego, ozdobionego dziesiątkami płaskorzeźb i ponad dwusetką rzeźb świętych, jakby temu było mało za pięknie zdobioną renesansową bramą mieści się chór z wyrzeźbionymi 117 drewnianymi siedziskami, gdybym chciała opisać Wam dokładnie choćby tylko te dwa wspomniane wyżej elementy, ten post nie miał by końca!
Na koniec koniecznie trzeba zajrzeć na Patio de los Naranjos, to jedyna część, która pozostała po pierwotnym meczecie, wielokrotnie przebudowywana zachowuje jednak nadal oryginalną strukturę, a dodatkowo, to po prostu urocze miejsce na chwilę odpoczynku po zwiedzaniu katedry.
Idziemy za ciosem i praktycznie od razu po zwiedzeniu katedry ustawiamy się w kolejce do wejścia do Alkazaru. To najstarszy wciąż pozostający w użyciu pałac królewski w Europie nieprzerwanie użytkowany od średniowiecza. Jego początki sięgają X wieku, kiedy to kalif Kordoby Abd ar-Rahman III zlecił budowę twierdzy, to właśnie mały zamek był kolebką dzisiejszego pałacu, ale najstarsza zachowana do dziś część pochodzi z XII wieku i jest nią Patio del Yeso. Wielokrotnie rozbudowywany i przebudowywany łączy różne style architektoniczne od sztuki islamskiej po renesansową i barokową, to właśnie tej mieszance zawdzięcza swój wyjątkowy charakter. Dużym zaskoczeniem dla mnie był fakt, że świetnie zachowane części kompleksu pałacowego w stylu mudejar pochodzą nie z okresu panowania Maurów, a powstały za czasów Piotra I Okrutnego w XIV wieku, który jak wielu mu ówczesnych był zafascynowany architekturą arabską. Całość dopełniają ogrody, które pełne wspaniałej roślinności i wypełnione wodą zachwycają o każdej porze roku. Zdecydowaliśmy się na zwiedzanie pałacu z górnymi komnatami królewskimi, które zwiedza się w zorganizowanych grupach.
Po południu wybieramy się na spacer i kolację do jednej z najbardziej rozpoznawalnych dzielnic Sewilli, czyli Triany leżącej pomiędzy Canal de Alfonso XIII a rzeką Gwadalkiwir. Po drodze podziwiamy piękną Torre del Oro, wieżę obronną z XIII wieku. Złota Wieża liczy dziś 36 metrów wysokości, jej dwunastokątna podstawa została zbudowana przez Almohadów w 1221 roku, a cylindryczna góra ze złotą kopuła z płytek w XVIII wieku. Swoją nazwę zawdzięcza mieszance zaprawy wapiennej i słomy, która nadawała jej złotego blasku odbijającego się w rzece. Dziś mieści się tu Muzeum Morskie.
Mostem Puente de San Telmo przechodzimy na drugą stronę i choć dziś Triana to integralna część Sewilli, to czuć tu odrębną tożsamość, autentyczność, której charakteru nadają sztuka flamenco i ceramika. Triana to miejsce narodzin słynnych garncarzy, znanych artystów flamenco, wielkich śpiewaków gitarzystów i tancerzy, ale też słynnych torreadorów, czy dawniej wyśmienitych nawigatorów, którzy w XV i XVI wieku uczestniczyli w wyprawach zamorskich. Mnie najbardziej zachwyciły tu liczne sklepiki z lokalnym rzemiosłem, głównie wspaniałą ceramiką, oraz całe mnóstwo klimatycznych knajpek i restauracji.
Ostatniego dnia naszego pobytu mieliśmy zaledwie kilka godzin na zwiedzanie. Bardzo zależało mi na odwiedzeniu choć jednego z naprawdę wielu tutejszych zabytkowych pałaców. Postawiliśmy w końcu na Casa de Pilatos. Dom Piłata to jeden z najpiękniejszych i najbardziej reprezentacyjnych pałaców Sewilli wybudowanych w stylu mudejar.
Na sam koniec zaglądamy jeszcze do Kościoła Kolegialnego Boskiego Zbawiciela, mamy go praktycznie po drodze, a zakup biletu do katedry oferuje również wyjście do tej świątyni. Kościół zwieńczony jest piękną kopułą, której niestety nie widać z palcu Salvador, a w środku zachwyca barokowe wnętrze z pięknym ołtarzem, bocznymi kaplicami i witrażami pięknie rozpraszającymi światło. Jeśli będziecie w pobliżu warto tu wejść i podziwiać z bliska szczególnie piękne figury Matki Boskiej.
Wyjazd kończymy na filiżance czekolady i ostatniej porcji churrosów w przekonaniu, że do Sewilli trzeba wrócić! Wrócić po to, aby ponownie doświadczyć miasta. Miasta barwnego, z bogatą historią i kulturą, przesiąkniętego wpływami wielu religii, przez co pozostaje ono prawdziwą perłą Andaluzji, Hiszpanii, a nawet całej Europy.
Na koniec kilka informacji, o które często pytacie. Nocowaliśmy w Hotelu Patio de las Cruces, który spokojnie mogę polecić, ale warto dopłacić za widok właśnie na Plac Trzech Krzyży, bo w obiekcie są również pokoje z oknami na wewnętrzny dziedziniec, chociaż jeśli zwiedza się tak intensywnie jak my, nie ma to większego znaczenia. Jeśli chcecie spróbować typowej andaluzyjskiej kuchni to polecam Restaurante El 3 de Oro, jedliśmy tam zarówno śniadanie jak i kolacje, w tym słynny byczy ogon. A na churrros chodziliśmy tuż obok do Calenteria 1860. Café Bar. W Trianie zjedliśmy kolację w Restaurante La Valiente, to miejsce również śmiało mogę polecić. Zajrzyjcie również do moich innych wpisów ze słonecznej Hiszpanii, bo ten kraj to setki wspaniałych pomysłów na szybki city break, czy wakacje na 102!
Zresztą do Sewilli ciągnęło mnie od dawna, może to zwykła ciekawość, może to poczucie, że każdy podróżniczy freak, chce jak kiedyś słynni odkrywcy postawić swoją stopę w tym kulturowym tyglu, gdzie świat stawał otworem przez wieki dla wielu nam podobnych.
Sewillę odwiedzamy w pierwszej połowie listopada, to świetny czas na wizytę w mieście, jest przyjemnie ciepło, ale bez męczących upałów, turystów jest dużo, ale nie toniemy w łanach ludzkich ciał, jakie bywają tu choćby podczas Santa Semana. Zaraz po przylocie łapiemy taksówkę do hotelu, jak zawsze wybieramy nocleg na starówce, szybkie zameldowanie i późnym popołudniem lub raczej wczesnym wieczorem, ruszamy w miasto. Do placu Virgen de los Reyes docieramy dosłownie w kilka minut, po drodze przyglądając się uroczym uliczkom dzielnicy Santa Cruz i wtedy Hania, nasza współtowarzyszka podróży, mówi zdanie, które jakby wyjęła mi z ust. „To miejsce wygląda jak teatralna scenografia”. W tamtym momencie cały plac, Katedra Najświętszej Marii Panny w Sewilli z górującą nad nim Giraldą i wszystkie okalające go budynki otulone są tak dziwnym światłem chylącego się ku zmierzchu dnia, że na chwilę odbiera mi mowę. Kręcimy się tu trochę i w jednej z bocznych uliczek przysiadamy na kieliszek wina.
Powoli robi się ciemno, a my dalej spacerując po okolicy natrafiamy na religijną procesję. Wśród tłumu gapiów z całą powagą jedną z ulic starego miasta sunie ksiądz celebrans, za nim ministranci i chorążowie, a dalej costaleros niosący na platformie figurę Matki Boskiej, a na końcu wierni. Wybaczcie, jeśli coś pokręciłam z opisem uczestników procesji, ale jestem zupełnym laikiem w tych kwestiach.
Tego wieczoru mamy zaplanowaną jeszcze jedną, sezonową atrakcję w Sewilli, a mianowicie wizytę w ogrodach Pałacu Alkazar, podczas którego roślinność jak i elementy architektury ogrodowej oświetlone są setkami lampek i efektów świetlnych rodem z XXI wieku. Ta impreza to Naturaleza Encedida i naprawdę warto się tam wybrać gdybyście akurat byli w tym czasie w mieście.
Jeśli myślicie, że to już wszystkie doświadczenia, które zafundowała nam Sewilla na powitanie, to jesteście w błędzie. Na sam koniec zaglądamy jeszcze do niewielkiego baru w okolicy naszego hotelu. Lokal jest niewielki i nawet słabo widoczny z ulicy, w środku dwóch mężczyzn przygrywa na gitarze andaluzyjskie melodie, a garstka kobiet porwana gorącymi rytmami tańczy, nie mogliśmy sobie wymyśleć lepszego zakończenia dnia. Oczywiście przemiłe panie wyciągają Hanię i mnie na parkiet, no takie atrakcje to ja szanuję!
Następnego dnia przed południem umówieni jesteśmy z przewodnikiem na zwiedzanie miasta, więc po zjedzeniu churrsów z czekoladą w pobliskim barze, pełni energii ruszamy w trasę. Najpierw jednak odwiedzamy Główne Archiwum Indii, gdzie w okazałym budynku zgromadzone zostały liczne cenne dokumenty, pozwalające odtworzyć historię relacji Hiszpanii z zamorskimi koloniami.
Po spotkaniu z Panem Michałem naszym przewodnikiem zaczynamy w jednej z najbardziej reprezentacyjnej części Sewilli, czyli na Placu Hiszpańskim. Zaprojektowany przez Aníbala Gonzáleza i wybudowany z okazji Wystawy Iberoamerykańskiej z 1929 roku jest jednym z najważniejszych zabytków całej Hiszpanii. Położony w Parku Marii Luizy ogromny plac – pałac, zbudowany na planie półkola, z dwiema górującymi wieżami na krańcach jest pełen symboliki. Półkolisty kształt reprezentuje otwarte ramiona Hiszpanii na kraje Ameryki Łacińskiej, dawne kolonie hiszpańskie. Budynek zwrócony jest w stronę rzeki Gwadalkiwir, czyli drogi morskiej łączącej Półwysep Iberyjski z Nowym Światem. Plac ozdabiają kanał wodny i cztery mosty symbolizujące dawne, historyczne królestwa Hiszpanii. A na całej długości budynku umieszczonych zostało 48 ławeczek bogato zdobionych płytkami ceramicznymi, to prezentacja prowincji hiszpańskich z ich typowymi obrazami ukazujące różnorodność kulturową kraju. Tyle, jeśli chodzi o fakty, a tak po prostu to imponująca przestrzeń, która zachęca do spaceru, to tu w arkadach pałacu spotkać można muzyków i tancerki flamenco, można popływać łódką po wodach kanału, a w alejkach parku stoją dorożki nieodłączny symbol Sewilli i myślę, że latem to miejsce jest zbawienne podczas zwiedzania miasta w upale.
Dalej kierujemy się w stronę starego miasta, które trzeba to powiedzieć szczerze w Sewilli, jest bardzo duże. Dowiadujemy się o średniowiecznej historii miasta, o panowaniu i upadku islamskich władców Sewilli, o triumfie chrześcijaństwa, oraz o hiszpańskich Żydach Sefardach i ich dzielnicy Santa Cruz, której niewątpliwą perełką jest słynny Balcón de la Rosina. Wszystko to oczywiście na tle największych zabytków miasta od starożytnych murów z licznymi bramami po Katedrę czy Alkazar, nie wchodzimy do środka, bo to mamy zaplanowane na następny dzień. Po kilku godzinach wspólnej wycieczki rozstajemy się z naszym przewodnikiem. Przyszła pora na wino i tapas, ale ponieważ jest to akurat czas sjesty, nie mamy wielkiego szczęścia do lokalu i kończymy w jednej z knajp typowo nastawionej na turystów, to oczywiście nic złego, ale mam wrażenie, że mogliśmy trafić lepiej.
Wieczorem udajemy się na spektakl flamenco do Muzeum Tańca Flamenco założonego przez legendarną tancerkę Cristinę Hoyos. Pokazy te cieszą się ogromną popularnością, więc lepiej rezerwować bilety z wyprzedzeniem, ale jeśli tego nie zrobicie, to w obrębie starego miasta miejsc gdzie odbywają się takie występy jest mnóstwo. Spektakl rzeczywiście był fantastyczny, muzyka na żywo, przejmujący śpiew i taniec zapierających dech w piersiach, mistrzostwo! Niestety nie mam zdjęć z pokazu, bo nie wolno było go fotografować, ale może to i dobrze, bo nic nie rozpraszało mojej uwagi.
Po pokazie rozemocjonowani idziemy na spacer pod kolejną, tym razem współczesną ikonę miasta, czyli Metropol Parasol popularnie zwany Setas de Sevilla. To olbrzymia drewniana konstrukcja przypominająca swoim kształtem grzyby, stąd nazwa. Setas to zwycięski projekt na rewitalizację placu Plaza de la Encarnación, który stworzył berliński architekt Jürgen Mayer, a w swojej pracy inspirował się sklepieniem sewilskiej katedry. To obiekt wielofunkcyjny z pięcioma poziomami od tarasu widokowego na górze, po muzeum archeologiczne w podziemiach. Na sam koniec dnia wracamy na drinka z widokiem na Katedrę, do baru La Terraza del EME na dachu hotelu, bardzo przyjemne miejsce na finał tak intensywnego dnia!
Kolejny dzień to atrakcje z najwyższej półki, bo tak należy określić zespół trzech budowli wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO: Katedra z Giraldą, Archiwum Indii (to zwiedziliśmy poprzedniego dnia) i Królewski Alkazar. Na początek wspinamy się na Giraldę, która jest odzwierciedleniem wieków historii miasta i kultur jej mieszkańców. Wybudowana, jako minaret dla wielkiego meczetu, zwieńczona renesansową dzwonnicą, dziś łączy różne style architektoniczne, ale jedno jest pewne Giralda to ikona, która daje rozpoznawalność miastu na całym świecie. Z góry rozpościera się wspaniały widok nie tylko na całe miasto, ale i na misternie zdobiony dach katedry. Jak za chwilę się przekonamy kunsztownie wykonany dach świątyni to dopiero namiastka tego, co zobaczymy w środku.
Katedra Najświętszej Marii Panny jest największą w Europie gotycką katedrą i naprawdę jej wielkość robi wrażenie. Po wejściu do środka od razu widać, że nie została zbudowana na planie krzyża łacińskiego, co jest charakterystyczne dla tego typu budowli, a to oczywiście wynika z faktu, że powstała na miejscu dawnego meczetu Almohadów. Oczom naszym ukazują się misterne rzeźby i zdobienia, zachwycające witraże, liczne kaplice boczne i portale. Nie sposób oderwać wzroku od drewnianego, ołtarza głównego, ozdobionego dziesiątkami płaskorzeźb i ponad dwusetką rzeźb świętych, jakby temu było mało za pięknie zdobioną renesansową bramą mieści się chór z wyrzeźbionymi 117 drewnianymi siedziskami, gdybym chciała opisać Wam dokładnie choćby tylko te dwa wspomniane wyżej elementy, ten post nie miał by końca!
Ale prawda jest tak, że kupiłam bilet i stałam w kolejce do katedry z zupełnie innego powodu. To tu spoczywa Krzysztof Kolumb, mój jak lubię o nim myśleć pra, pra, pra dziadek, bo czy to możliwe, że ta mała dziewczynka dorastająca za żelazną kurtyną od dziecka marzyłaby o dalekich podróżach, gdyby w jej żyłach nie płynęła krew wielkich podróżników? Imponujący wykonany z brązu grobowiec to czterej heroldowie, figury reprezentujące historyczne królestwa Hiszpanii – Aragonię, Kastylię, Nawarrę i Leon, na których barkach spoczywa sarkofag. Wspaniałe jest to, że grobowiec stanął w takim miejscu, że można swobodnie do niego podejść, obejść go całego, aby móc dokładnie przyjrzeć się temu dziełu sztuki.
Na koniec koniecznie trzeba zajrzeć na Patio de los Naranjos, to jedyna część, która pozostała po pierwotnym meczecie, wielokrotnie przebudowywana zachowuje jednak nadal oryginalną strukturę, a dodatkowo, to po prostu urocze miejsce na chwilę odpoczynku po zwiedzaniu katedry.
Idziemy za ciosem i praktycznie od razu po zwiedzeniu katedry ustawiamy się w kolejce do wejścia do Alkazaru. To najstarszy wciąż pozostający w użyciu pałac królewski w Europie nieprzerwanie użytkowany od średniowiecza. Jego początki sięgają X wieku, kiedy to kalif Kordoby Abd ar-Rahman III zlecił budowę twierdzy, to właśnie mały zamek był kolebką dzisiejszego pałacu, ale najstarsza zachowana do dziś część pochodzi z XII wieku i jest nią Patio del Yeso. Wielokrotnie rozbudowywany i przebudowywany łączy różne style architektoniczne od sztuki islamskiej po renesansową i barokową, to właśnie tej mieszance zawdzięcza swój wyjątkowy charakter. Dużym zaskoczeniem dla mnie był fakt, że świetnie zachowane części kompleksu pałacowego w stylu mudejar pochodzą nie z okresu panowania Maurów, a powstały za czasów Piotra I Okrutnego w XIV wieku, który jak wielu mu ówczesnych był zafascynowany architekturą arabską. Całość dopełniają ogrody, które pełne wspaniałej roślinności i wypełnione wodą zachwycają o każdej porze roku. Zdecydowaliśmy się na zwiedzanie pałacu z górnymi komnatami królewskimi, które zwiedza się w zorganizowanych grupach.
Parter pałacu, ogrody, liczne dziedzińce, czy patia zwiedza się już indywidualnie w swoim tempie. To miejsce robi ogromne wrażenie. Styl mudejar chrakteryzujący się nadmiernym przepychem, ornamenty wykonane z drewna i stiuku są tak misternie wykonane, że aż zapiera dech w piersiach. Do tego wspaniałe mozaiki wykonane z ceramicznych płytek azulejos. Królewski Alkazar to moim zdaniem punkt obowiązkowy pierwszej wizyty w mieście! Dodam jeszcze, gdybyście się wahali, że to tu para królewska przyjęła mojego dziaduszka Krzysztofa Kolumba po powrocie z Ameryki.
Po południu wybieramy się na spacer i kolację do jednej z najbardziej rozpoznawalnych dzielnic Sewilli, czyli Triany leżącej pomiędzy Canal de Alfonso XIII a rzeką Gwadalkiwir. Po drodze podziwiamy piękną Torre del Oro, wieżę obronną z XIII wieku. Złota Wieża liczy dziś 36 metrów wysokości, jej dwunastokątna podstawa została zbudowana przez Almohadów w 1221 roku, a cylindryczna góra ze złotą kopuła z płytek w XVIII wieku. Swoją nazwę zawdzięcza mieszance zaprawy wapiennej i słomy, która nadawała jej złotego blasku odbijającego się w rzece. Dziś mieści się tu Muzeum Morskie.
Mostem Puente de San Telmo przechodzimy na drugą stronę i choć dziś Triana to integralna część Sewilli, to czuć tu odrębną tożsamość, autentyczność, której charakteru nadają sztuka flamenco i ceramika. Triana to miejsce narodzin słynnych garncarzy, znanych artystów flamenco, wielkich śpiewaków gitarzystów i tancerzy, ale też słynnych torreadorów, czy dawniej wyśmienitych nawigatorów, którzy w XV i XVI wieku uczestniczyli w wyprawach zamorskich. Mnie najbardziej zachwyciły tu liczne sklepiki z lokalnym rzemiosłem, głównie wspaniałą ceramiką, oraz całe mnóstwo klimatycznych knajpek i restauracji.
Powłóczyliśmy się chwilę w poszukiwaniu pamiątek, a wieczorem zjedliśmy pyszną kolację degustując przy okazji jeden z kultowych trunków regionu - Sherry, czyli wzmacniane wino z południowej Andaluzji. Powiem tak, albo źle wybrałam, (choć próbowałam trzech lub czterech rodzajów), albo nie będzie to mój ulubiony trunek, ale przy następnej wizycie w tym regionie dam mu jeszcze szansę. Tak czy inaczej wieczór był bardzo udany i późno w nocy najbardziej znanym Mostem Triany, którego oficjalna nazwa to Most Izabeli II, a przy jego wejściu stoi urocza Kaplica Carmen, popularnie zwana „Lampką”, wracaliśmy do siebie na drugi brzeg. Jeszcze tylko w świetle latarni obeszliśmy Plaza de Toros de la Real Maestranza, to jedna z najstarszych aren walk byków w Hiszpanii i niewątpliwie jeden z symboli miasta, ja jednak jestem daleka od zachwytu nad tą tradycją, dlatego nie zamierzałam zwiedzać areny ani znajdującego się tam muzeum.
Ostatniego dnia naszego pobytu mieliśmy zaledwie kilka godzin na zwiedzanie. Bardzo zależało mi na odwiedzeniu choć jednego z naprawdę wielu tutejszych zabytkowych pałaców. Postawiliśmy w końcu na Casa de Pilatos. Dom Piłata to jeden z najpiękniejszych i najbardziej reprezentacyjnych pałaców Sewilli wybudowanych w stylu mudejar.
Ta okazała rezydencja została wybudowana przez rodzinę Enríquez de Ribera, a jej nazwa związana jest z odległością, która dzieli dom od Cruz del Campo, to podobno taki sam dystans, jaki Poncjusz Piłat pokonał na Golgotę w Jerozolimie. Dom udekorowany kolorowymi płytkami w dziesiątkach czy setkach zdobień, drewniane, rzeźbione kasetony na sufitach, centralny dziedziniec z łukami, kolumnami, licznymi rzeźbami oraz fontanną po środku oszałamiają swoim przepychem, a dopełnieniem całości są ogrody w stylu andaluzyjskim. Cudo!!! Nic dziwnego, że miejsce to stało się scenerią dla wielu znanych filmów, jak chociażby „ Lawrence z Arabii” czy „Królestwo Niebieskie”.
Na sam koniec zaglądamy jeszcze do Kościoła Kolegialnego Boskiego Zbawiciela, mamy go praktycznie po drodze, a zakup biletu do katedry oferuje również wyjście do tej świątyni. Kościół zwieńczony jest piękną kopułą, której niestety nie widać z palcu Salvador, a w środku zachwyca barokowe wnętrze z pięknym ołtarzem, bocznymi kaplicami i witrażami pięknie rozpraszającymi światło. Jeśli będziecie w pobliżu warto tu wejść i podziwiać z bliska szczególnie piękne figury Matki Boskiej.
Wyjazd kończymy na filiżance czekolady i ostatniej porcji churrosów w przekonaniu, że do Sewilli trzeba wrócić! Wrócić po to, aby ponownie doświadczyć miasta. Miasta barwnego, z bogatą historią i kulturą, przesiąkniętego wpływami wielu religii, przez co pozostaje ono prawdziwą perłą Andaluzji, Hiszpanii, a nawet całej Europy.
Na koniec kilka informacji, o które często pytacie. Nocowaliśmy w Hotelu Patio de las Cruces, który spokojnie mogę polecić, ale warto dopłacić za widok właśnie na Plac Trzech Krzyży, bo w obiekcie są również pokoje z oknami na wewnętrzny dziedziniec, chociaż jeśli zwiedza się tak intensywnie jak my, nie ma to większego znaczenia. Jeśli chcecie spróbować typowej andaluzyjskiej kuchni to polecam Restaurante El 3 de Oro, jedliśmy tam zarówno śniadanie jak i kolacje, w tym słynny byczy ogon. A na churrros chodziliśmy tuż obok do Calenteria 1860. Café Bar. W Trianie zjedliśmy kolację w Restaurante La Valiente, to miejsce również śmiało mogę polecić. Zajrzyjcie również do moich innych wpisów ze słonecznej Hiszpanii, bo ten kraj to setki wspaniałych pomysłów na szybki city break, czy wakacje na 102!














.jpg)






























































Komentarze
Prześlij komentarz